sobota, 15 lutego 2014

Rozdział 5


„Obelgi – to argumenty tych, którzy nie mają argumentów.”

5

            Chłopcy próbowali kilkakrotnie wydobyć od Hermiony informację na temat tajemniczych liścików, lecz na próżno. Gryfonka za każdym razem zmieniała temat, aż w końcu odpuścili. Żeby odpocząć od natarczywych przyjaciół, udała się do pokoju wspólnego prefektów. Nie musiała się obawiać obecności Ślizgona, gdyż ten udał się ze swoimi pseudokoleżkami na błonia. W sumie nie dziwiła mu się, bo dzisiaj była wyjątkowo piękna pogoda. Również Harry, Ron i Ginny zamierzali wykorzystać ostatnie ciepłe dni w tym roku. Niebo było przejrzyste i pozbawione wszelkiego śladu po wczorajszej ulewie. Gdy dotarła do pokoju wspólnego, zorientowała się, że był zupełnie pusty. Usiadła w fotelu koło pięknie ozdobionego kominka, w którym jak zwykle tańczyły wesoło płomienie. W ręku trzymała swoją ulubioną książkę. Był to dramat najsławniejszego angielskiego pisarza Szekspira – „Romeo i Julia”. Była to pierwsza poważna książka, którą dostała w swoim życiu i to ją najbardziej lubiła. Może dlatego, bo prezentowała ona obraz silnych i sprzecznych namiętności: miłości i nienawiści, życia i śmierci oraz szczęścia i rozpaczy. Odkąd była małą dziewczynką, marzyła o czystej i niewinnej miłości, która pokona wszelkie przeciwności losu. Ten egzemplarz był dla niej tak ważny, że nie zamieniłaby go na żadną inną księgę. Otworzyła ją ostrożnie i zaczęła przewracać powoli pożółkłe kartki, odszukując fragment, który był jej ulubionym.
            – „Lecz choćby oczy jej były na niebie, a owe gwiazdy w oprawie jej oczu, blask jej oblicza zawstydziłby gwiazdy.” – przeczytała na głos.
            Zamknęła powoli oczy i wzięła kilka głębokich oddechów. Napięcie, które towarzyszyło jej przez te dwa dni, powoli ustępowało. Tak działały na nią książki, które od dziecka uwielbiała.

❤⁑❤⁑❤⁑❤⁑❤

            W tym czasie dwójka uczniów szła przez skąpane złotym słońcem błonia. Choć z wyglądu bardzo się różnili, to jednak dobrze się dogadywali. Draco właśnie darzył Zabiniego największym zaufaniem i najlepiej go znał. Oprócz tego Blaise był dobrym kompanem do picia i wycinał najlepsze kawały Gryfonom. Więcej nie wymagał od tej przyjaźni, która opierała się na typowych Ślizgońskich warunkach. Gdy tak spacerowali, Diabeł streścił całe zajście z Julie w lochach. Gdy to opowiadał, był tak zdenerwowany, że wypalił prawie pół paczki papierosów. Draco miał ogromną ochotę się z niego ponabijać, ale widząc stan swojego kompana, wolał jednak tym razem tę sprawę przemilczeć. Blaise nawijał jak najęty już prawie godzinę i szczerze zaczynało go to z deka przynudzać. W pewnej chwili jego kolega zatrzymał się. Nienawistnym wzrokiem wpatrywał się w stronę wielkiego dębu, pod którym siedziała owa sprawczyni dzisiejszego zamieszania. Opierała swoje plecy wygodnie o drzewo i czytała książkę, która wyglądała na podręcznik od eliksirów dla początkujących. Draconowi trochę to przypominało szlamowatą Granger. – miłośniczkę spróchniałych i starych knig. Krew zaczęła szybciej pulsować w żyłach Zabiniego, a jego gniew stawał się coraz silniejszy. Teraz miał tylko jedno w głowie. Pragnął się na niej zemścić. Już miał wyciągnąć różdżkę, gdy nagle usłyszał znajomy żeński głos, który bez wątpliwości należał do Parkinson.
            – Nie waż się jej tknąć, Zabini! Ona należy do nas i jeśli spadnie jej choć włos z głowy,  to rozwalę ci łep! – Pansy stała kilka kroków za nim, opierając ręce na biodrach. Jej oczy przypominały dwa ostro zakończone sztylety, a na skroni zaczęła pulsować żyła, która jeszcze bardziej podkreślała jej groźny wyraz twarzy. Teraz przypominała rozjuszonego buldoga, który był gotów w każdej chwili rzucić mu się do gardła. Rzadko się tak zachowywała, ale kiedy była zła, stawała się nieobliczalna. Julie uniosła brew i z zaciekawianiem przyglądała się owej scenerii. Gdy Zabini zobaczył minę Pansy, to cała złość wyparowała z niego błyskawicznym tempie. Wiedziała, że z mopsem nie ma żartów, więc schował ręce w kieszenie, bąknął coś pod nosem i ignorując wszystkich odszedł ze złością w stronę zamku. Przez krótką chwilę panowała całkowita cisza. Draco stał nadal zszokowany tą całą sytuacją, Pansy powoli uspokajała swoje rozstrojone nerwy. Ciszę przerwała Julie, która zamknęła z hukiem gruby tom i zaczęła powoli wstawać.
            – Dzięki ci za pomoc. Myślę, że nie będzie już do mnie podskakiwał. – Uśmiechnęła się szeroko do Ślizgonki.
            – O to już nie musisz sie martwić. – Odwzajemniła uśmiech. – Przepraszam, ale muszę jeszcze skoczyć do sowiarni. – Potem odwróciła swoją natapetowaną twarz do Dracona, który wzdrygnął się na jej widok. – To do zobaczenia, Dracusiu. – Nie zważając na reakcję chłopaka skierowała się szybko w stronę sowiarni. Teraz został się tylko Draco i Julie. Gdy blondyn się jej tak przyglądał, zdał sobie sprawę, że jej twarz wydaje mu się dziwne znajoma, tylko że nigdy nie przypominał sobie żeby ją kiedykolwiek zobaczył. Gdy Julie przyuważyła, że chłopak przypatrywał jej się z zaciekawianiem, opuściła głowę.
            – Muszę już lecieć. To na razie – mruknęła i pobiegła szybko w stronę zamku, zostawiając Malfoya samego. Chłopak pokręcił się jeszcze chwilę samotnie, po czym skierował w kierunku pokoju wspólnego prefektów. Gdy przekroczył próg wiodący do pokoju, od razu ujrzał Granger, która spała w fotelu. Skrzywił swoje usta z niezadowolenia. Jej widok bardzo go irytował i najchętniej by ją wyrzucił z ciepłego i przytulnego pokoju wspólnego… jednak wydawała się teraz taka spokojna i niewinna zarazem. Podszedł bliżej żeby się jej przyjrzeć z bliska. Teraz, kiedy była taka bezbronna, mógł jej zrobić bardzo dużo okropności, lecz on tylko przykucnął przed nią i przypatrywał się jej twarzy z zaciekawieniem. Tłumaczył swoje niedorzeczne zachowanie tym, że chciał się po prostu upewnić, że Granger jest brzydka. Z niechęcią musiał przyznać, że nie była to prawda. Spod przymkniętych powiek jej rzęsy wydawały się być jeszcze dłuższe, niż myślał. Jej malinowe usta były lekko rozchylone, jakby były spragnione gorących pocałunków. Zastanawiał się przez chwilę, czy Granger kiedykolwiek się z kimś całowała. W końcu spotykała się kiedyś z tym Krumem. Może urodą nie grzeszył, ale ze swoją sławą mógł mieć każdą. Niesforne brązowe loki były porozrzucane wokół jej głowy. Mógł wiele złego o niej powiedzieć, ale jedno musiał przyznać. Gryfonka nie była sztuczną tapeciarą, kochającą wszelkie odcienie różu. Przez pewien czas nie mógł oderwać od niej wzroku. Spojrzał również na jej delikatne dłonie. W rękach trzymała starą książkę. Przez pewną chwilę zastanawiał się czy nie iść do swojego dormitorium, strzelić sobie jedną lufę i zapomnieć o głupiej, zapewne mugolskiej książce Granger. Ostatecznie ciekawość wygrała z odrazą. Jednak, jeśli chciał zobaczyć tytuł, musiał ją wyjąć z "paskudnych łap" Granger, co wcale nie było proste. Starał się, więc delikatnie odczepić każdy palec pojedynczo od okładki. Mimo że w pokoju wspólnym było bardzo ciepło, to palce Gryfonki były zimne jak lód. Po wielu ciężkich próbach w końcu udało mu się wyciągnąć egzemplarz. Spojrzał na grubą brązową okładkę. Złotymi napisami zostało wygrawerowane imię autora, o którym nigdy nie słyszał. Poniżej tego znajdowały się kolejno dwa imiona „Romeo i Julia”.
            – Praca zbiorowa? Żałosne. Nawet tytułu nie posiada. Za to autorów w cholerę, ale takie rzeczy mogą wymyślać tylko mugole – pomyślał z rozbawieniem i niesmakiem, otwierając książkę.
            Ominął spis osób i przeszedł od razu do prologu.

"Dwa wielkie domy w uroczej Weronie,
Równie słynące z bogactwa i chwały,
Co dzień odwieczną zawiść odnawiały,
Obywatelską krwią broczyły dłonie.
Lecz gdy nienawiść pierś ojców pożera,
Fatalna miłość dzieci ich jednoczy
I krwawa wojna, co z wieków się toczy,
W cichym ich grobie na wieki umiera.
Miłość, kochanków śmiercią naznaczona,
Wściekłość rodziców i wojna szalona,
Zerwana późno nad mogiłą dzieci,
Przed waszym okiem na scenie przeleci.
Jeśli nas słuchać będziecie łaskawi,
Błędy obrazu chęć nasza naprawi."

            – Możesz mi powiedzieć, co ty do cholery wyprawiasz? – usłyszał znad książki mocno podirytowany głos Granger. Draco podskoczył, o mało nie opuszczając książki z rąk. Nie przypuszczał, że szlama się obudzi przedwcześnie. Hermiona nadal siedziała w fotelu, paląc go wściekłym wzrokiem. Draco obdarował ją jednym ze swoich Ślizgońskich uśmiechów.
            – Jak to co? Przecież widzisz, że wgłębiam się w twoją lekturę autorstwa... Wiliama Szekspira, Romea i Julii. Granger, ty zmień swoje upodobania i nie czytaj takich książek, bo mózg już ci się skurczył od tego kiczu – odpowiedział z przekąsem, rzucając knigę prosto w dłonie Gryfonki.
            – Po pierwsze: co cię to obchodzi, po drugie: to nie jest kicz, tylko jedno z najlepszych dzieł, jakie do tej pory napisano, a po trzecie: Romeo i Julia to nie autorzy, tylko tytuł głąbie. – Prostota Malfoya bardzo ją rozbawiła.
            – No, no Granger trochę kultury, bo będę musiał ci ją siłą wpajać. – Dodał z udawanym groźnym tonem.
            To stwierdzenie już do końca rozśmieszyło Hermionę. Zachichotała cichutko, wstała szybko z fotela i skierowała się w stronę swojego pokoju. Gdy już była w progu, Malfoy krzyknął za nią.
            – A ty gdzie?! Jeszcze nie skończyłem mówić i z czego tak się śmiejesz?
            – Nic. Zastanawiałam, w jaki sposób może mnie taki klaun nauczyć kultury, skoro sam jej nie posiada – dodała i szybko zniknęła za drzwiami, zanim jej nie dogonił. Niestety nie mógł wejść do środka. Hermiona od początku zabezpieczyła swój pokój odpowiednimi zaklęciami.
            – Zobaczysz, Granger… jeszcze tego pożałujesz! – krzyczał, okładając pięściami jej drzwi.
            Ale Gryfonka nie słuchała go już, tylko podeszła do kufra i wyciągnęła swoje magiczne słuchawki. Gdy tylko je nałożyła, mogła słuchać swoje ulubione utwory. Nakładała je tylko wtedy, gdy nie chciała słuchać czyjegoś ględzenia. Miała dziwne wrażenie, że w tym roku będzie z nich korzystać częściej.

❤⁑❤⁑❤⁑❤⁑❤

            Blaise szedł samotnie po zamku, zmierzając w określonym kierunku. Chciał ochłonąć po dzisiejszym dniu i pomyślał, że biblioteka byłabym najlepszym miejscem. Gdy minął zakręt, zdążył w ostatniej chwili ujrzeć, jak długi, rudy kucyk znikał za drzwiami od biblioteki. Zabini doskonale wiedział, do kogo należały te włosy. Tylko Ginny Weasley miała takie rude kędziory. Musiał przyznać, że Gryfonka od dawna go intrygowała, a teraz, kiedy przestała się wreszcie kochać w Wybrańcu, stała się jeszcze bardziej interesująca. Nie był on jedyny, który tak uważał. Już na dworcu mógł zobaczyć, jak gromada chłopaków rozbierała ją wzrokiem. A było, na co popatrzeć. Ładne, smukłe nogi, zgrabna talia oraz piękne, brązowe oczy, w które mógł zatopić się godzinami. Również podobał mu się jej uśmiech i dołeczki, które się podczas niego pojawiały. Ale najpiękniejsze miała piórka. Wręcz uwielbiał, kiedy dziewczyny miały długie i proste włosy, a rudawy odcień dodawał jej pikanterii. Również jej charakterek był niezły. Była silna, niezależna i nie dawała się łatwo uwieść byle komu, a była wybredną dziewczyną. W końcu przez większość czasu była zakochana w wybawicielu Potterze, który jest może dupkiem, ale na pewno nie byle jakimś uczniem. Jednak teraz odczuwał, że ze wszystkich Hogwardzkich przystojniaków miał największą szansę. W końcu wczoraj ruda wstawiła się za nim w pociągu, co oznaczało, że wpadł jej w oko. Jeśli to dobrze rozegra, to Weasleyka będzie do świąt jego. Postanowił wykonać pierwszy krok i pogadać z Ginny, a teraz miał dobrą okazję, gdyż była teraz sama, a to zdarzało się bardzo rzadko. Dlatego żeby nie tracić czasu, wszedł do biblioteki. Była ona przeogromna i przez liczne regały przypominała mu bardziej labirynt. Trochę mu to zajęło czasu, zanim Ginny odnalazł. Był to niesamowity widok. Dziewczyna stała na przedostatnim szczeblu drabiny, która opierała się o jeden z regali. Jedną ręką przytrzymywała się szafy, a druga trzymała otwartą książkę. Była tak zajęta lekturą, że nie zdawała się go zauważyć. Już miał ujawnić jej swoją obecność, gdy dziewczyna niespodziewanie kichnęła. Automatycznie chciała zatkać nos przed kolejnym razem, gdy nagle straciła równowagę i nie mając czasu na złapanie się czegokolwiek, zaczęła lecieć w dół. Zabini obserwował całą sytuację w jakby zwolnionym tempie. Nie zastanawiając się zbyt długo, czmychnął w jej stronę. Biegł najszybciej jak mógł. Ginny czuła wielki strach, ale dobrze wiedziała, że już nic jej nie pomoże. Zamknęła odruchowo oczy i gdy nastał moment, w którym miała zderzyć się z twardą posadzką, nagle poczuła, że zamiast tego wylądowała na czymś miękkim. Dopiero po kilkunastu sekundach odważyła się otworzyć oczy i wtedy zorientowała się, że zamiast na ziemi leży… na czyjś plecach. Błyskawicznie podniosła się i dopiero wtedy zobaczyła, kto jest jej wybawicielem.
            – Och, tak mi przykro! Nic ci nie jest? – spytała zaniepokojonym głosem. Podała mu dłoń i pomogła wstać z zakurzonej podłogi.
            – O mnie się nie martw, ale czy z tobą wszystko w porządku? To wyglądało naprawdę niebezpiecznie – odparł, strzepując swoje szaty z kurzu.
            – Tak, ale tylko dzięki tobie. Naprawdę jestem ci wdzięczna – odpowiedziała, uśmiechając się do niego.
            – Nie ma, za co. Dobrze, że nic ci nie jest i...
            – Co to za hałas?! Wynocha stąd! Natychmiast! – krzyknęła z ze złością pani Pince, która podobnie jak Filch zjawiła się zawsze w najmniej odpowiednim momencie. Gdy znaleźli się już za drzwiami, mogli po spokoju kontynuować rozmowę.
            – Wstrętna stara panna, chyba by nas zabiła gdybyśmy uszkodzili jej książki – dodał Zabini.
            – Też jej zbytnio nie lubię. Patrzyła się na nas jakbyśmy byli jakimiś przestępcami. Zwariowana baba. No, ale muszę już iść, Umówiłam się z dziewczynami w pokoju wspólnym. Jeszcze raz dziękuję no i do zobaczenia. – Pomachała mu na odchodne i pobiegła schodami do wieży Gryffindoru. Zabini obserwował jak jej piękna sylwetka zniknęła za rogiem. Choć nie dał to po sobie poznać, to każdy gest i słowo wywołało u niego przyjemne dreszcze. Nie interesowało go to, że jest (jak Draco zawsze uważał) zdrajczynią krwi. Owszem kiedyś nienawidził takich osobników, podobnie jak szlamy i mugoli, jednak nie ją. Stanowiła jakby odrębny wyjątek tej całej grupy. Nie mógł jej znienawidzić i długo walczył z tym uczuciem, zanim go wreszcie zaakceptował. Te wakacje dały mu wiele do przemyślenia i na własnej skórze doświadczył, jakie to życie jest kruche i wystarczy chwila nieuwagi, by je stracić. Dlatego nie będzie już więcej zwlekał i zacznie działać.

❤⁑❤⁑❤⁑❤⁑❤

            Zbliżała się powoli dziesiąta, kiedy Hermiona odłożyła podręcznik od transmutacji i zaczęła się szykować do swojego pierwszego patrolu z Malfoyem. Postanowiła wziąć najpierw długą, relaksującą kąpiel. Gdy już wysuszyła ciało i włosy, zastanawiała się co ma na siebie włożyć. Jednak zaraz po tym uświadomiła sobie, że to jest patrol z Malfoyem – jej odwiecznym wrogiem, a nie randka. Wzdrygnęła się na samą myśl o tym. Nigdy sobie nie wyobrażała być z nim w innej relacji. Od początku jej nienawidził z wielu powodów. Głównie za pochodzenie, za dobre wyniki w nauce, za to, że jest przyjaciółką Harryego. Ona zaś nie znosiła jego parszywego i wrednego charakteru, wieczne aluzje, docinki i wyzwiska dotyczące jej pochodzenia, wyglądu i przyjaciół. Ale on nie ograniczał się tylko do samych słów. Już nieraz odczuła na sobie jego głupie, niekiedy nawet niebezpieczne kawały, które z roku na rok były coraz gorsze i częstsze. Teraz, gdy nie było już Voldemorta, miała nadzieję, że będzie się wreszcie z tym ograniczał. Nie liczyła już broń Boże na żadną przyjaźń, ale na odrobinę uprzejmości. Niestety widocznie upadek Czarnego Pana nie wystarczał żeby zmienić Dracona. Musiałby się chyba stać jakiś cud, ale Hermiona nie wierzyła w takie zjawiska. Wyprostowała swoje włosy i związała je w kitkę, zostawiając kilka pasemek z przodu. Założyła czarną koszulę w kratę oraz jasno niebieskie jeansy. Po wykonaniu lekkiego makijażu, nałożyła swoją szkolną szatę, przypięła do niej odznakę prefekta naczelnego i wyszła do pokoju wspólnego. Nie musiała długo na niego czekać. Gdy ją tylko zobaczył, ustał na chwilkę. Przez sekundę zastanawiał się nad dwiema rzeczami. Czy posłać kolejną obraźliwą obelgę pod jej adresem, czy może milczeć? Ponieważ nic ciekawego nie przychodziło mu do głowy, to wybrał milczenie, ale nie na długo. Gdy przemierzali drugie piętro, ciszę przerwał hałasujący Irytek, który za pomocą zielonej farby zanieczyszczał wszystkie zbroje. Ponieważ Malfoy nie kwapił się za bardzo do takiej roboty, sprawą musiała zająć się Hermiona. Podeszła bliżej do poltergeistera, trzymając na wszelki wypadek różdżkę w pogotowiu.
            – Irytek, ostrzegam! Jak w tej chwili nie przestaniesz, będę musiała użyć innych metod żeby cię uspokoić! Krwawy Baron na pewno będzie zadowolony. – Irytek odwrócił swój brzydki pyszczek w stronę Hermiony i posłał jej złośliwy uśmiech. Potem wydarł się na całe gardło.
            – Uuuuuu, jakie to urooooooocze! Romantyczny spacerek o północy! Kontynuujcie gołąbeczki hihihi, ja wam nie będę przeszkadzać. – Po czym rzucił wiadro z farbą z impetem na podłogę, rozbryzgując ją dookoła i poleciał z wielkim wrzaskiem w stronę lochów.
            – Co za idiota – prychnęła z pogardą, wyciągnęła różdżkę i usunęła farbę ze zbroi i  podłogi. Potem odwróciła się w stronę Ślizgona. – Mógłbyś też coś zrobić, a nie stoisz jak widły w gnoju!
            – Niby od kiedy tu jestem od brudnej roboty? Ty się do tego lepiej nadajesz – odpowiedział monotonnym głosem, krzywiąc się przy tym komicznie.
            – No tak, zapomniałam. Przecież mam do czynienia z zadufanym arystokratycznym dupkiem, który nigdy nie trzymał nawet łopaty w ręku.
            – Nie muszę się zniżać do takich czynności, jak mam służbę. Skoro tak się palisz do roboty, to możesz się u mnie zatrudnić. Byłaby to dla mnie całkiem miła odskocznia. Wiesz skrzaty mi się już znudziły.
            – Doprawdy? Ponoć jestem brzydsza od skrzatów. Chciałbyś żeby taka maszkara cię obsługiwała? – odgryzła mu sarkastycznie.
            – Ach Granger, Granger. Wiesz, jesteś strasznie zakompleksiona. Ale skoro tak uważasz, to nie będę się z tobą o to sprzeczać – westchnął teatralnie, rozkładając ręce.
            – Ja tak nie uważam! To ty tak do mnie powiedziałeś wczoraj, pajacu.
            – Granger, dlaczego ciągle wyciągasz brudy z przeszłości? – Sprzeczka z szlamą przynosiła mu wielką frajdę.
            – Twoje „brudy” można już podpiąć pod kategorię bagna. – I tak się kłócili przez całą powrotną drogę. W sumie było jej trochę raźniej, gdyż wtedy nie rozmyślała, że idzie przez ciemny korytarz. Tak, wojna w każdym zostawiła pewien ślad. Również w Gryfonce. Dawny lęk przed ciemnością, który ją prześladował w dzieciństwie powrócił. Kiedy miała koło 4 lat, mama niezauważalnie zamknęła ją w piwnicy. Choć trwało to dosłownie kwadrans, to Hermiona nigdy nie zapomniała tego momentu, w którym słyszała te szmery, kroki i dziwne odgłosy wydobywające się z głębi piwnicy. Jak dzisiaj o tym pomyśli, to dostaje gęsiej skórki. Na szczęście minęło to, kiedy dowiedziała się o Hogwarcie. Różne zjawiska, które są dla zwykłych mugoli określane jako nadprzyrodzone, były dla czarodzieja czymś zupełnie normalnym. Gdy już znaleźli się w ciepłym pokoju wspólnym, byli już nieźle nakręceni.
            – Ja dziecinna? A kto mi niby podsyłał liściki z durnymi aluzjami. Teraz mam przez ciebie przechlapane u profesora Binnsa. Ale ostrzegam, że jeśli odbije się to na mojej średniej, to pożałujesz, że się kiedykolwiek urodziłeś.
            – Przechlapane byś miała, jeśli bym napisał jakieś wyzwiska pod adresem tego nudziarza. Szkoda, że wtedy na to nie wpadłem.
            – Powiedz mi! Co chciałeś przez to osiągnąć, pisząc takie deklaracje w moim imieniu? – Wtedy rozległa się kompletna cisza. Tylko od czasu do czasu słychać było trzask ognia w kominku. Hermiona stała ze skrzyżowanymi rękami, czekając na sensowną odpowiedź, zaś Draco rozmyślał nad najbardziej logiczną wypowiedzią. Niestety nie było takiej. Pisząc ten tekst postąpił bardzo irracjonalnie. Zupełnie jakby pocałował Sklątkę Tylnowybuchową. Gdy nic ciekawego do głowy nie wpadło, postanowił odpowiedzieć prawdę.
            – Sam nie wiem. Widocznie przebywanie z tobą wpływa niedobrze na liczbę moich szarych komórek.
            – Jakie szare komórki? Przecież fretki je nie posiadają. – Hermiona nie dawała mu za wygraną. Draco błyskawicznie pokonał oddzielającą ich odległość i przybliżył swoją twarz do niej tak szybko i blisko, nim Hermiona zdołała choćby mrugnąć okiem. Było to dla niej bardzo niezręczne. Nic dziwnego w końcu ta bliskość była tylko zarezerwowana dla osób, z którymi żyje się w bardzo zażyłych relacjach, a nie dla nienawidzących się wrogów. Jednak gdy spojrzała w jego groźne staloszare tęczówki, jej serce zaczęło nagle tak mocno łomotać, jakby miało za chwilę wyskoczyć z piersi. Czemu zaczerwieniła się w taki sposób, w jakim czynią to nastolatki podkochujące się w szkolnych przystojniakach? Czemu nie miała w sobie tyle siły, aby odskoczyć do tyłu czy strzelić mu w twarz?
            – Tak sądzisz? Uwierz mi, że mam jeszcze wystarczająco szarych komórek, które mi pozwolą cię załatwić – odparł chłodnym tonem, łapiąc jej nadgarstki. – Jakoś w tym roku za bardzo podskakujesz. Już obiecywałem, że cię przytemperuję. – Już miał zbliżyć swoje usta do jej ucha, gdy Hermiona, dotknięta jego słowami oprzytomniała.
            – Doprawdy? – Odchyliła głowę do tyłu i swoim czołem z całej siły uderzyła w jego czoło. Draco odskoczył szybko łapiąc się za obolałe miejsce. Choć Gryfonkę tak samo bolało, czuła jednak kolejną satysfakcję.
            – Wiem do czego zmierzasz. Tak możesz postąpić ze swoją Pansy. Jednak na mnie takie tanie sztuczki nie działają – wykrztusiła, wskazując na niego palcem i po czym pobiegła do swojego pokoju.

1 komentarz: